Blog > Komentarze do wpisu
Powrót smoka

Od sierpnia wrze dyskusja nad budżetem, komu zabieramy (przecież wiadomo, że najbiedniejszym - rząd zaplanował odpowiednio największe oszczędności na wydatkach społeczno-socjalnych (5 mld zł)), komu dajemy ulgi (najbogatszym, niech nie płacą podatków, a co!, swoją drogą jak wyglądał mechanizm kształtowania się wynagrodzeń np. takich menadżerów w stosunku do szeregowych pracowników najlepiej opisuje Dunn - link do książki "Prywatyzując Polskę" w prawym menu bloga).

Nie dość, że cięciobsesja (za Kowalikiem) to jeszcze smok powraca na salony. Otóż: fundacja profesora Leszka Balcerowicza (Forum Obywatelskiego Rozwoju) uruchomiła 28 września 2010r. w centrum Warszawy "Licznik Długu Publicznego" przygotowany przez „Koalicję na rzecz Zmniejszenia Długu Publicznego”. Ustawiony na pawilonie „Cepelii” przy skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i ul. Marszałkowskiej wielki ekran świetlny pokazuje, że państwo ma do spłacenia ponad 732 mld złotych długu.

Co to oznacza? Że neoliberałowie nie schodzą ze sceny dalej dyktując rządowi rozwiązania, które powinien przedsięwziąć. Milczą jednak na temat wyrównywania szans i zmniejszenia przepaści między bogatymi a biednymi. A to dziwne, bo jednak świat się reformuje i nie podejrzewałabym, że z ust Fukuyamy (konserwatywnego amerykańskiego ekonomisty) padną takie oto słowa:

"Padliśmy ofiarą potężnej ideologii, której centralnym punktem była wiara w rynek, jego nieomylność, nieuchronność poddania się jego prawom. Ekonomiści uwierzyli, że są w stanie stworzyć jedynie prawdziwą naukę społeczną i odkryć ponadczasowe, uniwersalne, obiektywne prawa, które uwolnią ludzkość od nieracjonalnych uprzedzeń i złudzeń. [...] Obalając hipotezę efektywności rynku, kryzys podważył racjonalne uzasadnienie różnic społecznych. To niszczy moralny fundament systemu produkującego rosnące nierówności."

Propozycje mam następujące: krokiem ku sprawiedliwości społecznej jest zmiana systemu podatkowego, odciążenie najuboższych poprzez obniżenie podatku VAT, a nałożenie podatku na majątki; nacjonalizacja surowców i kluczowych gałęzi gospodarczych; deprywatyzacja.

Kolejnym zaskoczeniem była inna wypowiedź liberała - Waldemara Kuczyńskiego (czyżby zwrot w lewo?): "Jak jest z Polską? Jest dostatecznie niepokojąco, by problem stał się priorytetem polityki rządu, ale nie jest tak zatrważająco, by nerwowym biciem w alarmowe dzwony wywoływać panikę wśród ludzi niezorientowanych, a łatwo wierzących w złe wieści. By dostarczać sensacji dla mediów i palnego materiału dla polityków, którzy, jeśli nawet mają wiedzę ekonomiczną, to nie mają skrupułów w korzystaniu z bzdur opatrzonych autorytetem dla podlizania się publiczności i niszczenia wrogów.  

Taką bzdurą puszczoną niefrasobliwie w obieg przez Krzysztofa Rybińskiego jest fraza o tym, że Tusk zadłuży Polskę dwa razy bardziej niż Gierek. Nikt, kto liznął ekonomii, nie weźmie jej serio, ale wielu Polaków nie liznęło, a ponadto jest sporo tych, którzy chętnie z cynizmem strzelają tą frazą do rządu. 25 mld dol. długów gierkowskich to była równowartość ponad trzech lat ówczesnego eksportu za dewizy. 70-80 mld dol. obecnego długu zagranicznego to równowartość półrocznego eksportu.

Dzisiejszy całkowity dług Polska obsługuje bez trudu, utrzymując sporą wiarygodność na rynkach finansowych. Obsługę ówczesnego musieliśmy na lata zawiesić, by nie płacić, plując krwią. Nasze rezerwy walutowe wynoszą (luty, dane NBP) 85 mld dol. Wtedy były zerowe. By móc zapłacić za najpilniejszy import, czekano, aż na konta wpłyną pieniądze za eksport węgla. [...]

Leszek Balcerowicz uruchomił ostatnio licznik długu publicznego, na którym migają powiększające go cyferki, co wywołuje wrażenie, a u nerwowo mniej odpornych także przerażenie, bo widzą w tych cyferkach nabieranie wody przez polski statek. To mylne wrażenie, bo jednocześnie bije licznik wzrostu bogactwa kraju, którego w naszej pełnej czarnowidztwa Polsce nikt oczywiście nie zbudował i nie zbuduje.

Statek nabiera wody i zaczyna się pogrążać dopiero wtedy, kiedy licznik długu kręci się szybciej niż licznik bogactwa, czyli wzrostu PKB. Popatrzmy więc, jak one obracały się w ostatnich piętnastu latach. Nie tak strasznie, jak by się wydawało.

W 1995 r. udział długu w PKB wynosił 49 proc., a więc niewiele mniej niż dziś, i do 2000 r. spadł do 37 proc., czyli wody w statku ubywało i się wynurzał. W latach 2000-03 wzrósł skokowo, najbardziej w całym opisywanym piętnastoleciu, bo aż do ponad 47 proc., czyli o 10 pkt proc., i do 2008 r. utrzymywał się na tym poziomie. Polski statek zanurzył się, ciągle jednak wyraźnie mniej niż przeciętnie kraje unijne i pozostał na tym poziomie."

Dodatkowo: co grozi krajom, które ogłosiły bankructwo (Argentyna, Islandia, Grecja)? Kompletnie nic. Tymczasem kraj, od którego przejmujemy najgorsze praktyki (w tym gospodarcze) – Stany Zjednoczone – są zadłużone powyżej 60 proc. PKB. Czy to w jakikolwiek sposób zmienia ich politykę gospodarczą?  

Ale prof. Balcerowicz uparcie trwa przy swoim: "Bunt ekonomistów przeciwko rządowi? Pierwszy wystąpił Balcerowicz" i nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać.

Może już czas na Pana Panie Profesorze?

piątek, 22 października 2010, ciotka_zofia

Polecane wpisy